bereza1
6 lipca 1934 roku czołowi działacze Obozu Narodowo-Radykalnego zostali osadzeni w Miejscu Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Cztery dni później władze sanacyjne rozwiązały organizację. Pierwszymi osadzonymi działaczami ONR byli: Zygmunt Dziarmaga, Władysław Chackiewicz, Jan Jodzewicz, Edward Kemnitz, Bolesław Piasecki, Mieczysław Prószyński, Henryk Rossman, Włodzimierz Sznarbachowski i Bolesław Świderski.
Bereza Kartuska to małe miasteczko oddalone o dziewięćdziesiąt pięć kilometrów na północny-wchód od Brześcia, który mieści się na terenie dzisiejszej Białorusi. Stare koszary wojskowe pełniły funkcję tzw. „miejsca odosobnienia”.
            Bereza to swego rodzaju czarna plama w historii przedwojennej sanacji. W okresie PRL systematycznie podtrzymywano wizję „faszystowskiej” i „jaśniepańskiej” władzy sanacyjnej, która więziła niepokornych komunistów w okrutnym obozie, dławiąc w ten sposób swobody demokratyczne, wolność słowa i prawa człowieka. Prawdą jest to, że większość więźniów politycznych w Berezie było komunistami, ale to nie jedyni, którzy byli skazani na pobyt tam, mianowicie zamykani byli również polscy narodowcy (w szczególności działacze ONR), a także ukraińscy nacjonaliści. Jest to niepodważalny dowód na to, że narodowy-radykalizm, komunizm czy Ukraińcy uważani byli za największe zagrożenie dla sanacji, za swój wywrotowy charakter. Organizacją obozu zajął się wojewoda poleski Wacław Kostek-Biernacki. Przyjemność sprawiało mu częste przeprowadzanie niezapowiedzianych inspekcji. Działacz Obozu Narodowo-Radykalnego, Włodzimierz Sznarbachowski pisał o tym tak:
            „Mówił, że […] nauczy się nas tutaj szacunku dla państwa polskiego. […] Przed każdym policjantem musimy frontować, tak jak przed prezydentem, Marszałkiem i Naczelnym Wodzem, to znaczy stanąć na baczność trzy kroki przed nim, śledzić go wzrokiem i czekać, aż oddali się o trzy kroki. Nie wolno nam w Berezie chodzić, lecz zawsze mamy biec.”
            Józef Piłsudski zgodził się na utworzenie obozu odosobnienia, który początkowo miał funkcjonować przez dwanaście miesięcy, lecz rok później marszałek już nie żył, a osoby, które przejęły po nim władze w państwie, nie miały zamiaru rezygnować z bardzo wygodnego instrumentu do walki z opozycją. Ostatecznie, obóz w Beresie Kartuskiej istniał do 18 września 1939 r., gdyż dowiedziano się o Armii Czerwonej, która nadciągała ze wschodu. Generalnie na początku trafiali tam tylko więźniowie polityczni, lecz w połowie 1937 r. zaczęto masowo kierować tam kryminalistów. Co ciekawe, mieli oni bardziej uprzywilejowaną pozycję w stosunku do pozostałych więźniów. Pełnili oni rolę „instruktorów” codziennej „gimnastyki” czy też dyżurnych Sali, co dawało im okazję do bicia pozostałych osadzonych. Często to właśnie oni byli większym zagrożeniem dla współwięźniów niż policjanci.
            Na początku więzień był kierowany do izby przejściowej, w której przetrzymywano ich przez trzy dni. Była to swego rodzaju kwarantanna, a następnie byli kierowani do obozu właściwego. Codzienne życie obozowe było przesiąknięte przemocą, torturami, a także szykanowaniem i dręczeniem psychicznym. Sale aresztanckie, w których przetrzymywano więźniów miały wymiary ok. 10×12 metrów i mogły pomieścić trzydzieści osób. Regulamin, który obowiązywał w obozie, był skonstruowany na wzór wojskowy i miał za zadanie maksymalnie wycieńczyć delikwenta oraz spacyfikować wszelką chęć oporu. Porządek dnia według zasad regulaminowych był następujący: godz. 4.00 – pobudka; 4.00 – 5.00 – ubieranie się, mycie się, sprzątanie; 5.00 – 5.30 – śniadanie; 5.30 – 6.30 – apel, raport, kontrola sal; 6.30 – 11.30 – praca lub ćwiczenia; 11.30 – 13.00 – obiad, mycie naczyń, odpoczynek; 13.00 – 17.00 – praca lub ćwiczenia; 17.00 – 18.00 – powrót na teren obozu, apel; 18.00 – 19.00 – kolacja, mycie naczyń; 19.00 – 19.15 – przygotowanie się do snu; 19.15 – cisza nocna. Dodatkowo zabraniano jakichkolwiek rozmów, palenia tytoniu, otrzymywania paczek z żywnością, widzeń z bliskimi oraz samodzielnego wykonywania jakichkolwiek innych czynności. Więźniowie przebywali we własnych ubraniach, które bardzo szybko niszczyły się i z braku możliwości prania i czyszczenia okropnie śmierdziały, powodując dodatkowy dyskomfort w postaci smrodu z przepocenia i niemycia. Monotonię obozowego życia przerywały częste rewizje w salach aresztanckich, szczególnie w nocy, w czasie których wszyscy więźniowie musieli rozebrać się do naga i przejść przez korytarz biegiem do jednej z sal. W czasie przechodzenia byli bici pałkami, a w tym samym momencie kipiszowano ich cele, czyli dokonywano rewizji pomieszczeń (rzeczy osobistych oprócz ubrania nie posiadali). Warunki higieniczne, jakie tam panowały, były – mówiąc krótko – tragiczne. Poranne mycie odbywało się w umywalniach, które mogły pomieścić osiemdziesiąt osób, co sprawiało, że wielu więźniów nie mogło nawet zamoczyć rąk. Więźniów izolowanych kierowano do łaźni na kąpiel, gdzie zaraz po wyjściu byli poddawani „gimnastyce”, a często kończyło się to lekcją czołgania. Z kolei na załatwienie potrzeb fizjologicznych aresztowani mieli jedynie trzy ustępy posiadające łącznie dziewięć miejsc. Przy czym policjanci traktowali ten moment jako świetną okazję do torturowania więźniów. Jak wspominał Cat-Mackiewicz: […] tylko raz jeden w dzień o godz. 4.15 rano ustawiano więźniów […] i komenderowano: >>raz, dwa, trzy, trzy i pół, cztery<<. W ciągu półtorej sekundy wszystko miało być skończone”. Na śniadanie dostawali niesłodzoną kawę zbożową lub żur oraz 400 gramów czarnego chleba. Podobnie było z obiadem i kolacją: na obiad otrzymywali gorący płyn, praktycznie bez tłuszczu, który nosił nazwę „zupy” oraz porcję kartofli, za to kolacja składała się z niesłodzonej kawy lub żuru. Jeden z odosobnionych tak wspominał bereskie śniadanie:
            […] z rana otrzymuje się całodzienną rację czarnego, gliniastego chleba i niekiedy kostkę białego sera, menażkę żuru z pływającymi w nim kilkoma skwarkami przysmażonej słoniny, czasami kawę zbożową. Na obiad i kolacje zupy i kasza lub kartofle, niekiedy symboliczny kawałek mięsa.”
            W obozie istniało kilka grup roboczych: szewc, krawiec, kowal, grupa pracująca w pralni, grupa wykonująca prace porządkowe na terenie koszar policyjnych. Ci, którzy nie byli nigdzie przydzieleni, odbywali „gimnastykę”. Tak opisał ją jeden z policjantów:
            […] obliczona była nie na potrzeby zdrowotne organizmu, ale dla udręczenia uwięzionych. Była to gimnastyka bardzo ciężka, przerastała możliwości fizyczne człowieka. […] Wskutek przemęczenia tą gimnastyką w Berezie nierzadko się zdarzało, że ludzie dostawali mdłości od wyczerpania, zwłaszcza, że w następstwie podłego odżywiania nie mieli sił i takiego wysiłku znieść nie mogli.”
            Do prac obozu więziennego należało czyszczenie ustępów dokonywane małą szmatką, a więc w praktyce gołymi rękami. Przed posiłkiem nie pozwalano  umyć rąk ubrudzonych kałem. Za najbardziej uciążliwą pracę uznawano pompowanie wody, które odbywało się przy użyciu kieratu. Orczyki były tak przymocowane, że więźniowie musieli pracować w głębokim pochyleniu. Kazano wykonywać również prace całkowicie bezsensowne, jak kopanie i zasypywanie rowów, przenoszenie ciężkich kamieni z jednego miejsca na drugie miejsce, a po skończeniu w odwrotną stronę. Więźniów poganiano i batożono, bito pałkami, gdy zasłabli i zwolnili pracę.
            Jakiekolwiek naruszenie regulaminu było karane dyscyplinarnie: od nagany, poprzez pospolite bicie, aż do osadzenia w karcerze włącznie. W karcerze nie było żadnych okien czy jakiegokolwiek wyposażenia. W pomieszczeniu był tylko kubeł na odchody. Więzień sypiał na betonowej podłodze, która była polewana wodą, przy czym, co dwie godziny – niezależnie od pory dnia – trzeba było odpowiadać na wezwanie policjanta. Delikwent przebywający w karcerze otrzymywał co drugi dzień 350 gramów chleba oraz kubek wody lub zmniejszoną o połowę normalną obozową rację. Do „klasyki” obozowych tortur należała także tzw. ścieżka Stalina. W 1938 r. w Berezie wąską drogę liczącą kilkadziesiąt metrów wysypano tłuczoną, czerwoną cegłą; aresztowanych zmuszano do przebywania jej na kolanach, a opornych poganiano pałkami. Innym wymyślnym sposobem torturowania polegał na wydawaniu komendy „padnij” i przechadzaniu się policjantów po plecach leżących ludzi. Pobyt w obozie odosobnienia wykańczał skrajnie fizycznie, jak i psychicznie. Praca, wymyślna „gimnastyka” i zdecydowany niedobór witamin powodowały, że osadzeni bardzo często zapadali na różnego rodzaju choroby. Niektóre chore osoby były kierowane do izby chorych. Osoby, które tam przebywały były zwolnione z normalnego trybu regulaminowego i mogły korzystać z biblioteki (były tam dzieła Józefa Piłsudskiego). Natomiast ci, których stan był krytyczny, byli przewożeni do szpitala w Kobryniu. Pomijając okrutne warunki, jakie tam panowały, tylko jedna osoba zdecydowała się na ucieczkę. Latem 1938 r. kryminalista Władysław Nowak wykonał otwór w ścianie kominowej, dzięki czemu przedostał się do kuchni aresztanckiej. Następnie wyłamał kratę, wyszedł na dziedziniec i, po sforsowaniu ogrodzenia, zbiegł. Po porannym apelu natychmiast urządzono pościg, który jednak nie odniósł skutku.
            Sam obóz w Berezie był bardzo kontrowersyjny. Już sam dekret prezydencki, w którym wyraźnie napisano, że aresztantów wysyła się do obozu z pominięciem formalnej drogi sądowej; mało tego, wystarczy jedynie przypuszczenie, „że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego”. Dawało to możliwość dowolnej interpretacji dekretu, a w praktyce pozwalało na zaaresztowanie każdego obywatela niewygodnego dla władz, odbierając mu możliwość obrony. Fatalne warunki panujące w obozie oraz karygodne traktowanie więźniów doprowadziło do śmierci trzynastu osób. Kolejny problem to celowość istnienia obozu. Jego negatywny aspekt miał wpływ na powstanie swoistego dualizmu w polskim wymiarze sprawiedliwości. Cat-Mackiewicz pisał:
            „Złodziej, bandyta, morderca, dlatego tylko że był złapany na gorącym uczynku, że miano pewność jego winy, stawiany był przed sądem okręgowym, apelacyjnym, najwyższym, miał adwokata, korzystał ze wszystkich przepisów humanitarnej procedury karnej, szedł do więzienia, z którego miał prawo wnosić skargę, miał nadzór prokuratorski nad sobą.”
            Tymczasem w Berezie: […] wszystko to byli ludzie, którym wina nie była udowodniona, którzy dostali się tutaj, a nie do normalnego, humanitarnego więzienia, tylko dlatego, że policja nie mogła im winy udowodnić”.
            Obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej z pewnością pełnił rolę „prewencyjną”, umożliwiało to szybkie unieszkodliwienie opozycji na jakiś czas. Jednakże, doprowadziło to do zantagonizowania dużej części opinii publicznej wobec obozu rządzącego. Nie zmienia to jednak faktu, że warunki, jakie tam panowały oraz sposób w jaki traktowani byli więźniowie, były karygodne i niedopuszczalne. Niedopuszczalnym wydaje się być takie traktowanie osób, którym w świetle prawa nie można nic udowodnić. Jest to niewątpliwie jedna z czarnych historii na koncie sanacji. Można sobie jedynie zadawać pytanie, czy funkcjonowanie obozu miałoby dalej rację bytu, gdyby marszałek Piłsudski przeżył o dwa lub trzy lata dłużej. Czy może jednak restrykcyjnie trzymałby się początkowych założeń, że obóz ma funkcjonować przez dwanaście miesięcy.